Chcemy się bawić, czytać, tańczyć, śpiewać, grać, się śmiać, pytać, myśleć i rozmawiać!!!

FOTOPLASTYKON LUNY część I – Tam, gdzie matka pisze na dobranoc

FOTOPLASTYKON LUNY część I – Tam, gdzie matka pisze na dobranoc

photo by Qasem-Amin on Flickr.

FOTOPLASTYKON

LUNY

 

SEN

Luna usiadła na łóżku i rozejrzała się nieprzytomnie. Słońce już od jakiegoś czasu zaglądało zza firanki. Dziewczynkę obudziła gałązka rosnącego tuż przy oknie drzewa, smagana letnim wiatrem, uderzała delikatnie o szybę. Luna leniwie przetarła zaspane oczy, po czym szeroko ziewnęła. W tej samej chwili usłyszała szmer i zobaczyła czarnego kota, który wszedł przez przymknięte lekko drzwi. Miauknął do niej głośno!

– Witaj! – odpowiedziała radośnie na powitanie.

Każdego ranka Nicpoń właśnie tak mówił swojej przyjaciółce dzień dobry, a potem jednym zwinnym susem wskakiwał na łóżko. Dziś, witał ją bardzo wylewnie, jakby nie widział Luny od dłuższego czasu. Wyciągnęła dłoń, żeby go pogłaskać i usłyszała, jak zaczyna mruczeć.

– Mój kochany, stęskniłeś się za mną? – spytała kociaka zadowolona.

W tej samej chwili gałązka znowu uderzyła o szybę okienną, zupełnie tak, jakby chciała zwrócić na siebie uwagę. Dziewczynka podskoczyła przestraszona i nagle cały jej dobry nastrój uleciał. Stanął jej bowiem przed oczyma obraz ze snu. Mimo ciepłego poranka i miękkiej kociej sierści pod palcami, wyraźnie poczuła chłód.

Z nikim jeszcze o tym nie rozmawiała, ale dziś poczuła, że nadeszła pora, aby w końcu to zmienić…

Niemal każdej nocy powracał do niej pewien sen. Choć budziła się zupełnie spokojna, to jednak po chwili nocne wspomnienie uderzało w nią całą swą mocą!

SEN zaczynał się zawsze tak samo…

Luna biegła w brązowych sandałkach, jakby popychana czyjąś niewidzialną dłonią. Dookoła niej rozkrzyczane dzieci uspokajane przez rodziców, przeciskały się między kramami. Wszyscy zachowywali się nadzwyczaj głośno.

– Mamusiu, mamusiu, ja chcę jeść! – rozpaczał okrągły chłopiec w szarym garniturku.

– Mamo, a on mnie popchnął – skarżyła się na swojego młodszego braciszka piegowata dziewczynka.

A Luna biegła, rozglądając się przy tym uważnie. Długie suknie, kapelusze, garnitury, meloniki, laski, parasole i binokle mieniły się kolorami tęczy w promieniach słońca…

– Jestem na jarmarku – szepnęła Luna sama do siebie.

Tak, była na rynku w centrum miasteczka sprzed lat. Jarmark wydał jej się zupełnie inny niż te, na których bywała do tej pory… Niespodziewanie potknęła się o wystający kamień i omal nie upadła. Kiedy złapała równowagę tuż przed sobą ujrzała dziewczynkę w zielonej, staromodnej sukience. Mocno trzymała za rękę swojego tatę i jadła ogromnego loda na patyku! Luna zauważyła, że lód zmienia kolor po każdym zbliżeniu go do ust. Melonik na głowie taty również wydał jej się podejrzany. Zmieniał on nie tylko barwy, ale i kształty! Luna nie miała jednak czasu, żeby o tym dłużej pomyśleć, musiała przecież biec…

Klucząc pomiędzy budkami, minęła parę staruszków, którzy zamiast lasek trzymali koguciki na patykach. Teraz zewsząd dochodziły ją okrzyki radości, śmiech małych dzieci, nawoływania, a nawet odgłosy zwierząt. Dziewczynka czuła, że nie powinna być tu sama, że ktoś powinien być tuż obok niej, a jednak nikt nie trzymał jej za rączkę…

Nagle, spomiędzy okrzyków dał się wyodrębnić wyraźniejszy głos pochodzący jakby z głębi studni.

– Luna…

– Luuuuunaaaa…

Dziewczynka minęła kram z kolorowymi kurkami, a następnie teatrzyk kukiełkowy obsługiwany przez dwóch mężczyzn w dziwnych fryzurach. Wpatrzone w lalki dzieci były w zbliżonym do Luny wieku. Ona sama niedawno skończyła lat 13 i od jakiegoś czasu zauważyła, że zaczyna rozumieć więcej z rozmów pomiędzy dorosłymi. Teraz jednak poczuła się znowu małą dziewczynką, dlatego z zaciekawieniem zatrzymała się przy kolorowym teatrzyku.

Przystanęła nieco zmęczona i wpatrzyła się w marionetki tańczące na sznurkach. Salwa śmiechu wyrwała ją jednak z zadumy i niemal zagłuszyła kolejny okrzyk. Dziewczynka szybko skręciła w wąską uliczkę, powstałą dzięki rozstawionym kramom i wtedy już wyraźniej usłyszała swoje imię:

– Lunaaaaaaa…

Żeby nie stracić orientacji i dotrzeć do miejsca, z którego dochodziło wołanie, przyspieszyła…

FOTOPLASTYKON

– Nie mam już siły! Nawet nie wiem, w którą stronę powinnam iść?! – poskarżyła się zagubiona Luna.

Była wyczerpana. Do tej pory cały czas biegła, musiała więc w końcu zwolnić. Niemal pogodziła się z tym, że nie dotrze do miejsca, skąd dochodziło wołanie. I właśnie wtedy jej oczom ukazała się niesamowita konstrukcja!

Był to najprawdziwszy fotoplastykon!!! Drewniany automat służył do oglądania zdjęć robionych w najdalszych zakątkach świata. Luna uwielbiała fotografować! Od jakiegoś czasu uczęszczała nawet na kółko fotograficzne, a pani Ela, która prowadziła zajęcia, zarażała ją swoją pasją. Nie tylko dawała praktyczne rady, ale również przybliżała historię fotografii, dlatego Luna doskonale wiedziała, na co natrafiła… Kiedy więc zobaczyła te niesamowite urządzenie, była naprawdę zachwycona. Fotoplastykon był przepiękny. Miał rzeźbione elementy i był imponująco duży. Choć stał w centrum całego zamieszania, nikt go jednak nie zauważał! Dziewczynce wydało się to bardzo dziwne…

– Jak można nie widzieć tak potężnej drewnianej budowli stojącej przecież w samym centrum miasta??? – pomyślała.

Niepokoił ją jeszcze jeden fakt… To chyba właśnie fotoplastykon zdawał się ją wołać!!!

Luna okręciła się, żeby zobaczyć, czy jeszcze ktoś się nim interesuje. Naprawdę nikt nie zwracał na niego uwagi!

– Jak to?! – dziewczynka znowu zaczęła mówić sama do siebie – Przecież ktoś jeszcze musi go widzieć? Nie może być przecież niewidzialny!? – powiedziała po raz kolejny, tym razem już głośno.

Szybko zdecydowała się podejść jeszcze bliżej i wtedy znowu, tym razem bardzo wyraźnie, usłyszała swoje imię:

– Luna!!!

Najpierw odrobinę się przestraszyła, ale po chwili zrobiła to, co chciała zrobić zaraz na samym początku. Wyciągnęła rękę, żeby dotknąć drewnianej ściany.

Delikatna polakierowana powierzchnia była nagrzana przez słońce wyglądające zza chmur. Fotoplastykon składał się z około 20 stanowisk, przy których poustawiane były krzesła. Na ścianach zamontowane były wizjery, a u szczytu każdego drewnianego boku, widniały misternie rzeźbione elementy. Luna zaczęła przechadzać się dookoła i liczyć okienka na ściankach wieloboku.

– Jeden, dwa, trzy…. osiem, dziewięć, dziesięć…. dwadzieścia cztery i dwadzieścia pięć – Tak, jest ich dwadzieścia pięć – powiedziała zadowolona i już nieco spokojniejsza…

Jej rozmyślania przerwał jednak dźwięk dzwonka…

Czytaj dalej

Please follow and like us:


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.